Zapraszam również na moją główną stronę internetową: http://justynakulisa.strefa.pl

sobota, 4 grudnia 2010

A zima nadeszła

Nagle, acz spodziewanie i jak zwykle zaskoczyła kierowców, którzy wiedzieli o niej od tygodnia. W tym roku o dziwo to właśnie ona przyniosła mi spóźnioną nieco jesienną deprechę (o czym szerzej na projekcie głównym), zamieniającą się czasem w pragnienie zamordowania kogoś (zwłaszcza po odkrywaniu uroków katowickich chodników, których odśnieżyć, posypać piaskiem lub solą, lub zrobić z nimi cokolwiek jakoś nikt nie miał ochoty). Mimo to, obudziwszy się dziś i zobaczywszy za oknem coś, na co Anglicy mają wdzięczne określenie "haze", chwyciłam aparat i poszłam do lasu. Tam przynajmniej jest spokój. I da się chodzić, czego na chodnikach doświadczyć nie można.




Mój instynkt fotograficzny podnosi łeb i zaczyna węszyć, po czym nakazuje mi zejść kilka metrów ze ścieżki, w bok, gdzie śnieg sięga połowy łydki, a sznurówki od glanów nasiąkają i wkrótce zamarzną. A jaką frajdą były próby odwiązania ich w domu... Mimo to instynkt miał rację, a ja stoję w śniegu i strzelam.


Ludzi brak - na samym początku tylko minął mnie jakiś młodzian z psem. A poza tym cisza. Głucha, taka, że aż w uszach ciszą dzwoni. I dobrze. Im mniej ludzi, tym lepiej.

czwartek, 14 października 2010

Bo zima się zbliża

Widać ją nie tylko w szybciej zapadającym zmroku i liściach leżących na ziemi. Czuć ją w powietrzu - ma ono taki charakterystyczny ostry smak, aromat nadciągającego mrozu i śniegu.

W związku z tym seria zdjęć z czasów tegorocznej jesieni, tej jeszcze ciepłej, malowanej złotym światłem popołudnia.


wtorek, 24 sierpnia 2010

"W ten opar zieleni i złota"

Jest kilka takich minut podczas letnich wieczorów, gdy słońce chyli się ku zachodowi, a niebo jest w większej części bezchmurne. Mało jest momentów, kiedy tak naprawdę można zobaczyć światło słoneczne, ale to są jedne z nich. Właśnie te kilka minut.




Bo światło jest złote. A złoto to widać najbardziej tylko wtedy, gdy połączy się je z zielenią - drzewem, krzewem, trawą...




Są rzeczy, których się nie zobaczy w innych okolicznościach, pod innym kątem... będąc gdzie indziej. Spojrzeć trzeba na krawędź liścia, w odbicie światła w sierści psa lub oku kota, lub po prostu patrzeć, ale nie widzieć, chłonąć zielonozłoty opar wszystkimi zmysłami i przekonać się, że chwile idealne, zamknięte w czasie, naprawdę istnieją.



W tle: Lisa Gerrard Vespers - ideał zamknięty w dźwiękach.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Woliński Park Narodowy

Dzień był słoneczny, ale nie gorący; wciąż wiał wiatr po sztormie, który minął zaledwie poprzedniego dnia. Niebo - błękitne, z szybko pędzonymi chmurami. Morze - ciepłe, szumiące, fale wciąż się nie uspokoiły. Plaża - ta zazwyczaj niezwykle czysta i miękka, teraz usłana tysiącami kamieni o różnej wielkości; kilkoro ludzi kuca nad nimi i przebiera palcami, szukając bursztynów.


Prędkość wody jest idealna; zdejmuję buty, rozstawiam statyw... i let's the fun begin.


Kilkanaście metrów dalej, gdzie na całe szczęście turystów było już mniej, plaża staje się coraz bardziej dzika -podejrzewam, że nawet podczas upałów stricte na terenie Parku nie ma wielu turystów. Po pierwsze, plaża jest niestrzeżona, po drugie, jest o wiele węższa niż ta przy molu, przystosowana dla ludzi, z przesianym piaskiem i naciągaczami oferującymi gorącą kukurydzę, orzeszki w karmelu i lody Bambino. I piwo, zimne piwo.


I kamienie, kamienie w wodzie, raj dla fotografa. Resztki falochronów, gałęzie... a za mną kilkunastometrowy klif; na jego szczycie pysznią się sosny, tak charakterystyczne dla nabrzeża. Gdzieś za nimi rośnie buczyna, to cudo Wolińskiego Parku Narodowego - wąska nitka asfaltowej drogi, a po obu jej stronach wystrzeliwują w niebo dumne buki, przepuszczające nieco słonecznego światła pełgającego po poszyciu.

Jeszcze dalej udało mi się wypatrzeć odpowiednio duży kamień, żeby postawić sobie na nim statyw - bo tu, bez falochronów, fale są silniejsze i gdyby nie pasek od aparatu zawiązany wokół reki, przyszłoby mi wyławiać sprzęt z wody.


I dalej, jeszcze dalej, aż pogoda - a konkretnie nadciągająca ulewa; sztorm jeszcze nie odpuścił - zmusiła mnie do wycofania się.

Na przyszły rok zostało pójście dalej, za ów klif, do którego dotrzeć nie zdążyłam. Albo i nie na przyszły rok, a na jesień. Albo zimą. Czas pokaże.