Zapraszam również na moją główną stronę internetową: http://justynakulisa.strefa.pl

wtorek, 24 sierpnia 2010

"W ten opar zieleni i złota"

Jest kilka takich minut podczas letnich wieczorów, gdy słońce chyli się ku zachodowi, a niebo jest w większej części bezchmurne. Mało jest momentów, kiedy tak naprawdę można zobaczyć światło słoneczne, ale to są jedne z nich. Właśnie te kilka minut.




Bo światło jest złote. A złoto to widać najbardziej tylko wtedy, gdy połączy się je z zielenią - drzewem, krzewem, trawą...




Są rzeczy, których się nie zobaczy w innych okolicznościach, pod innym kątem... będąc gdzie indziej. Spojrzeć trzeba na krawędź liścia, w odbicie światła w sierści psa lub oku kota, lub po prostu patrzeć, ale nie widzieć, chłonąć zielonozłoty opar wszystkimi zmysłami i przekonać się, że chwile idealne, zamknięte w czasie, naprawdę istnieją.



W tle: Lisa Gerrard Vespers - ideał zamknięty w dźwiękach.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Woliński Park Narodowy

Dzień był słoneczny, ale nie gorący; wciąż wiał wiatr po sztormie, który minął zaledwie poprzedniego dnia. Niebo - błękitne, z szybko pędzonymi chmurami. Morze - ciepłe, szumiące, fale wciąż się nie uspokoiły. Plaża - ta zazwyczaj niezwykle czysta i miękka, teraz usłana tysiącami kamieni o różnej wielkości; kilkoro ludzi kuca nad nimi i przebiera palcami, szukając bursztynów.


Prędkość wody jest idealna; zdejmuję buty, rozstawiam statyw... i let's the fun begin.


Kilkanaście metrów dalej, gdzie na całe szczęście turystów było już mniej, plaża staje się coraz bardziej dzika -podejrzewam, że nawet podczas upałów stricte na terenie Parku nie ma wielu turystów. Po pierwsze, plaża jest niestrzeżona, po drugie, jest o wiele węższa niż ta przy molu, przystosowana dla ludzi, z przesianym piaskiem i naciągaczami oferującymi gorącą kukurydzę, orzeszki w karmelu i lody Bambino. I piwo, zimne piwo.


I kamienie, kamienie w wodzie, raj dla fotografa. Resztki falochronów, gałęzie... a za mną kilkunastometrowy klif; na jego szczycie pysznią się sosny, tak charakterystyczne dla nabrzeża. Gdzieś za nimi rośnie buczyna, to cudo Wolińskiego Parku Narodowego - wąska nitka asfaltowej drogi, a po obu jej stronach wystrzeliwują w niebo dumne buki, przepuszczające nieco słonecznego światła pełgającego po poszyciu.

Jeszcze dalej udało mi się wypatrzeć odpowiednio duży kamień, żeby postawić sobie na nim statyw - bo tu, bez falochronów, fale są silniejsze i gdyby nie pasek od aparatu zawiązany wokół reki, przyszłoby mi wyławiać sprzęt z wody.


I dalej, jeszcze dalej, aż pogoda - a konkretnie nadciągająca ulewa; sztorm jeszcze nie odpuścił - zmusiła mnie do wycofania się.

Na przyszły rok zostało pójście dalej, za ów klif, do którego dotrzeć nie zdążyłam. Albo i nie na przyszły rok, a na jesień. Albo zimą. Czas pokaże.