Zapraszam również na moją główną stronę internetową: http://justynakulisa.strefa.pl

sobota, 6 sierpnia 2011

Żubr w trawie puszczy

Korzystając z pogorszenia pogody (och, deszcz, co za dawno niewidziany gość!), postanowiłam wrzucić wreszcie co nieco z tegorocznej wizyty w mojej stałej letniej miejscówie, która to za parę lat przestanie być tylko letnia i stanie się permanentna. Zanim to jednak nastąpi, muszę się zadowalać kilkunastoma dniami raz tudzież więcej razy do roku, kiedy to mogę sobie wreszcie odetchnąć. I nie, nie jest to metaforyczne, a najzupełniej dosłowne (męcząca alergia na czynnik środowiskowy), ale nie o tym.

Standardowo więc: Międzywodzie. Miejsce stałe, tylko skład ekipy się zmienia. W tym roku elementu śmiechowego dostarczał A. Jako że któregoś z pierwszych dni pogoda nie była plażowa, A. postanowił rozejrzeć się za lokalnymi rozrywkami. Dla mnie, osobnika lubującego się w spędzaniu wolnego czasu na łonie natury, a nie w tłumie ludzi, rozrywkę mógł dostarczyć Woliński Park Narodowy. Co też zasugerowałam.

A.: A co w tym Parku jest ciekawego?

Wiedząc, że odpowiedź "najpiękniejszy las, jaki w życiu widziałam" może nie być wystarczająca, postarałam się wymyślić coś innego.

A.: Żubry? Jedziemy do Parku, ja chcę zdjęcie z żubrem!

No to pojechaliśmy do Międzyzdrojów, odwiedzić te nieszczęsne żubry. Trzeba było jednak przemierzyć kilometr czy coś koło tego przez las, co (nie)święta trójca umilała sobie piwem i bzdurnymi konwersacjami, a ja przeważnie zostawałam w tyle, z radością mogąc pofolgować sobie i aparatowi, ciesząc oczy jak dziecko w sklepie ze słodyczami.


Nie ma chyba innego miejsca, gdzie drzewa są tak zielone, a światło tak ciepłe, że aż chciałoby się to wszystko zamknąć w szklanej butelce i zabrać, żeby móc rozświetlić szare zimowe wieczory zatrzymanym w czasie odpryskiem lata. Tak, to zdecydowanie najpiękniejszy las, jaki widziałam.

Żubry było czuć dużo wcześniej niż widać. A. zaczął wykazywać ochotę dłuższego powłóczenia się po okolicy - najwyraźniej Park oddziaływał nie tylko na mnie, a może po prostu chciało mu się przewietrzyć - ale i tak nadzwyczaj żwawo skoczył w kierunku zagród. Oczywiście, jak to moje szczęście ma w zwyczaju mnie dopieszczać, musieliśmy przy okazji natknąć się na rozwrzeszczaną kolonię. Kolonię, dzika - który ku uciesze zebranych radośnie rył w błocie swojego wybiegu i nie zwracał uwagi na otoczenie - jelenie i znudzonego bielika sobie odpuszczę, podobnie jak zdjęcie A. z dużym zwierzem, a w zamian udowodnię, że wolińska reprezentacja żubrów ma się całkiem dobrze:



Ujrzawszy radośnie obojętnego dzika sądziłam, że bardziej olewczego zwierzęcia nie spotkam. A tu psikus - tuż przy wyjściu z zagród, nie wiadomo skąd, po co i dlaczego, plątał się kot i jak to kot, był mistrzem w nieprzejmowaniu się niczym:


Pozostawiwszy go za sobą, uosabiającego całym sobą płynięcie z prądem wolnego, wolińskiego czasu, poszliśmy dalej, z zamiarem wykorzystania dobrej pogody, która poprawiła się oczywiście już wtedy, jak tylko opuściliśmy granice Międzywodzia. No ale to był tylko kolejny podryg mojego szczęścia. Z tego też powodu trafiliśmy na uroczą żabę, która za cholerę nie chciała pozować:


Był to chyba jedyny plener w towarzystwie radosnej trójki - co mnie cieszyło, bo nikt mi za uchem nie marudził, żeby się pospieszyć, albo ileż to razy można robić zdjęcie tego samego grzyba. Kilka dni później wsiadłam zresztą w busa i ponownie pojechałam do Parku - tym razem od strony morskiej, chcąc dojść tam, gdzie nie doszłam w zeszłym roku. Szczęśliwie trafiłam na odpływ i mi się udało - albo to linia brzegowa się przesunęła, co w wypadku wybrzeża klifowego jest dość możliwe. Tak czy inaczej zaliczyłam wypatrzony klif. Następnym razem pewnie wyznaczę sobie za cel zobaczenie, co za kolejnym jest skąpane w słońcu i morskiej wodzie.


W spokoju upływały też wyprawy na zachody słońca na międzywodziańskiej plaży - ze dwa razy dołączył do mnie M., raz z cierpiętniczą miną, drugi raz już bez, chyba pamiętając moje narzekanie za pierwszym. Dla zainteresowanych: warto się ruszyć kilkaset metrów na wschód, pod Dziwnów, bo cóż jest lepsze (i bardziej kiczowate ;) ) niż zdjęcia zachodów z breakwatersami?



Wyspa Wolin w tym roku żegnała się tak:


Ja za to żegnałam się nadzieją na szybki powrót do tego spokoju, ciszy plaży wyrażonej szumem morza i krzykami mew i zapomnienia w promieniach chylącego się ku zachodowi Słońca.


Wyszedł mi z tego post gigant, ale zrzucam to na lenistwo, przez które nie chciałoby mi się pisać kilku osobnych na każdy z momentów, których opisać się nie da, a jedynie odtworzyć raz jeszcze w zawodnej ludzkiej pamięci. A jako bonus zdjęcie robione for fun i for fun też obrobione, bo nie przepadam za tam intensywnym post-processingiem w przypadku ujęć, które "idą do ludzi":

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz